Jesteś tutaj: Strona główna » Baza Wiedzy » TURYSTYKA » Co z tym Detroit?

Co z tym Detroit?

Czy można napisać biografię miasta? Można spróbować. Wielkie metropolie, jak wielcy ludzie mają swój styl, charakter, osobowość. Mają też swoją młodość, wiek dojrzały i śmierć. O tym, jak pełne niegdyś życia miasto umiera, możemy się przekonać, przyglądając się dzisiejszemu Detroit.  

Detroit miało wszystko, widziało wszystko, dla wielu - było wszystkim. Nazywano je „samochodową stolicą świata”, „bijącym sercem amerykańskiego przemysłu”, „arsenałem demokracji”. Ludzie i maszyny, pracujące w zakładach Forda i General Motors ,wykuwali potęgę gospodarczą Ameryki. Urodzili się tu lub wychowali Francis Ford Coppola, Madonna i Eminem. To w Detroit odkryto talent Steviego Wondera, Donny Summer i Marvina Gaye’a. Miasto opisał w swojej legendarnej powieści Louis-Ferdinand Céline, a Lisa D’Amour poświęciła mu nominowaną do Pulitzera sztukę. Inspirację znajdowali tu też muzycy: od Johnny’ego Casha po Jay’a-Z. Kręcono tu kasową szmirę („RoboCop” Paula Verhovena) i wysokiej próby kino artystyczne („Tylko kochankowe przeżyją” Jima Jarmuscha).  Koszykarze z Detroit Pistons byli mistrzem kraju 3 razy, baseballiści z Tigers - 4, hokeiści z Red Wings - 11. To w „Motor City” swoje najsłynniejsze przemówienie wygłosił Malcolm X, bojownik o prawa czarnych Amerykanów, i podobnie, tam zaczęła się na dobre walka o prawa osób LGBT. Miasto przyciągało ludzi najróżniejszych narodowości i kultur - w tym, liczącą blisko 1,5 miliona ludzi, Polonię.

 

 

Szczęście ma zapach samochodu

Francuscy osadnicy, którzy zakładali niewielką osadę nad jeziorem Erie („Detroit” w języku Moliere’a znaczy „cieśnina”), nie przewidzieliby setnej części wydarzeń opisanych powyżej. W XVIII wieku z niepokojem patrzyło się na Indian i wiecznie niepewne relacje między poddanymi kolejnych wersalskich Ludwików i londyńskich Jerzych i Wilhelmów. Nadzieje wiązano zaś z handlem skórami i alkoholem. W czasach bliższych naszym, miasto będzie już dysponować dostatecznym potencjałem przemysłowym, by zbroić Amerykę przeciw Niemcom, Japonii czy komunistycznej Rosji, a głównym towarem eksportowym Detroit staną się Fordy, Chevrolety, Lincolny, czy nazwany na cześć założyciela miasta - luksusowy Cadillac. „Motor City” było symbolem amerykańskiej potęgi, stylu, luzu, ucieleśnieniem amerykańskiego marzenia. Małopolscy chłopi, którzy przyjeżdżali tam z niczym, dostawali bez problemu pracę w fabrykach, gdzie składali te cuda techniki na czterech kołach. Na koniec miesiąca mieli dość pieniędzy, by wyżywić rodzinę, na koniec roku - by myśleć o małym domku na przedmieściach. Tak jak składane tu pojazdy były coraz szybsze, sprawniejsze i piękniejsze, tak i przyszłość, stojąca przed miastem, zdawała się opiewać w szanse i perspektywy. Jak mawiają Amerykanie: „szczęście to zapach nowego samochodu”. 

 

Ostry zakręt

Tymczasem spójrzmy na Detroit dzisiaj.

Kiedyś mieszkało tu 2 mln ludzi. Obecnie jest mniej niż 700 tys. Niektórzy dzierżawcy oferują mieszkania za dolara miesięcznie, właściciele domów oferują je po mniej niż 500 dolarów. Chętnych brak. Działa mniej niż połowa oświetlenia miejskiego. Całe dzielnice pokrywa mrok. Przestępcy wyszli z ciemnym zaułków na ciemne ulice. W ciągu ostatnich lat wykrywalność przestępstw spadła do 10%. Nie „o 10%”, ale do 10%. Liczba morderstw przewyższa Nowy Jork jedenastokrotnie. Średni czas oczekiwania na połączenie z dyżurującym policjantem wynosi godzinę. Tylko ⅓ karetek pogotowia obsługiwana jest przez dostateczną ilość personelu i paliwa, by skutecznie nieść pomoc.

 

Bezdomni zajęli puste mieszkania, bezrobotni opuszczone fabryki. Szkoły w wyludnionych dzielnicach przestały prowadzić lekcje. Rodzice bez pracy popadają w alkoholizm, narkomanię, trudnią się rozbojem i paserstwem. Nie dziwi więc, że 60% dzieci w tym mieście żyje w ubóstwie. Wśród młodych poziom analfabetyzmu odpowiada statystykom odnotowanym w zachodniej Afryce. Masowy odpływ kapitału, pociągnął za sobą ucieczkę ludności. Są obszary Detroit, w których łatwiej spotkać dzikie zwierzęta niż ludzi.

 

Choć ciężko uwierzyć w powyższe fakty, ręczę, że są one sprawdzone i potwierdzone. Amerykańscy telewidzowie i internauci znają je już do znudzenia. Nawet oni muszą sobie jednak zadawać pytania: jak do tego doszło? Za mało państwa  - czy za dużo? Obłęd nieuregulowanego rynku i kasynowego kapitalizmu - czy fanaberie związkowców i nieufnych wobec osobistej inicjatywy włodarzy miasta? Osobiście skłaniam się do tej pierwszej interpretacji, choć natychmiast muszą zastrzec, że ani o rządzących miastem demokratach, ani o liderach związkowych dobrego zadania nie mam. Rozumiem też głębsze przyczyny schyłku i upadku Motor City: globalizacja, deindustrializacja, najpoważniejszy od kilku dekad kryzys w branży samochodowej. W czasach płynnego kapitału i płynnej nowoczesności nic nie jest trwałe.

 

 

Droga, której nie wybrano

Czy upadek Detroit był zatem samospełniającą się przepowiednią? Niezupełnie. Inny przemysłowy kolos - Pittsburgh, niegdyś stolica amerykańskiej branży hutniczej („Steel City”) przez kilkanaście lat powoli, ale konsekwentnie przekształcało się w centrum nowoczesnych usług medycznych. Władze stanowe nawiązały partnerstwa z przedsiębiorcami i oświatowcami. Uniwersytety i inne uczelnie wyższe, a dawne „Steel City” ma ich aż 68 (!), dostosowały swoje syllabusy. Ludzie biznesu nie mieli więc ani problemu z dobrem kadr, ani z dostępem do technologii i rozwiązań. Życzliwość i finansowe wsparcie na poziomie miejskim i stanowym też nie przeszkadzały. Dzisiaj Pittsburgh stale plasuje się w czołówce wszystkich rankingów najatrakcyjniejszych miast Ameryki.

 

Na paradoks zakrawa zatem fakt, że początkowo wydawać by się mogło, że Detroit miało nawet lepsze perspektywy. Marvin Gaye, Madonna czy Eminem rozsławili tamtejszą popkulturę i scenę muzyczną. Branża modowa nie była daleko w tyle ze swoim Detroit Fashion Week i niezwykle popularnymi Hair Wars, czyli zawodami fryzjerskimi. Zanim Nowy Jork na dobre zabrał się za „nowe media”, w Detroit już działali popularni blogerzy czy serwisy służące do udostępniania swojego portfolio. To także w Motor City powstało Muzeum Fotografii i Nowych Mediów. Chyba w żadnym innym mieście klasa kreatywna nie miała takiego wyczucia Internetu i potencjału mediów społecznościowych.

 

Wielu z nich to zresztą wychowankowie prestiżowego College for Creative Studies. Do dziś uczą się tam na światowym poziomie tworzenia reklam, teledysków, gier video, copywritingu. Przeglądam na stronie uczelni biogramy absolwentów. Założyli dziesiątki firm, uczestniczyli w setkach przedsięwzięć kreatywnych, ale z trudem odnajduję kogokolwiek, to robiłby to w tym samym mieście, gdzie studiował. Króluje Nowy Jork, dalej Chicago i Los Angeles.

 

Można sobie wyobrazić alternatywną teraźniejszość, w której Detroit byłoby siedzibą setek agencji interaktywnych, studiów tworzących gry i firm oferujących fachowe oprogramowanie dla grafików. Designerzy i styliści zastąpiliby mechaników i inżynierów, miejsce fabryk zajęłyby domy modowe albo agencje reklamowe, targi samochodów - Fashion Week albo branżowe spotkania dekoratorów wnętrz. Absolwenci College for Creative Studies i podobnych placówek nie narzekaliby na brak zleceń. Takie wizje zapewne przyświecają obecnie rządzącym miastem, którzy starają się przyciągać do niego ludzi, obiecując tworzenie hubów kreatywnych, wspólnych przestrzeni pracy dla młodych i twórczych: wszystko tanio, w atmosferze artystycznej bohemy i w dynamicznie rozwijających się branżach kreatywnych. Odzew jest niewielki. Zmiany i reformy przyszły zwyczajnie za późno.

 

„Wierzymy w lepsze dni”

Gdzie szukać nadziei, skoro młodzi uciekają z miasta, a nowoczesne firmy nie chcą tu inwestować? Wobec niepewnej przyszłości, solidnym oparciem bywa przeszłość. Na każdym publicznym budynku w Detroit, na wszystkich oficjalnych dokumentach widnieje przecież ten sam, stary herb miasta, które już raz doszczętnie spłonęło (1805 r.), a raz zostało zniszczone przez brytyjskiego najeźdźcę (1812 r.). Napis na herbie głosi: „Wierzymy w lepsze dni - Powstaniemy z popiołów”.

 

Autor: Marcin Giełzak: Ekspert E!stilo Magazine, absolwent historii i zarządzania na Uniwersytecie Łódzkim,współzałożyciel środowiska WE the CROWD pracującego nad rozwojem polskiego crowdsourcingu i crowdfundingu. Więcej jego tekstów znajdziecie na stronie wethecrowd.pl.
Więcej artykułów przeczytacie w wersji drukowanej magazynu do kupienia na sklep.estilomagazine.pl, zapraszamy również na FB E!stilo gdzie znajdziecie więcej informacji na temat Ekologicznego Magazynu E!stilo Magazine.

Dodaj komentarz

Komentarze



Inowacyjna gospodarka